Od kreskówek do gier #2 – Duck Tales

Pieniądze, jeszcze więcej pieniędzy, ogrom złotych monet i starożytne skarby. Kaczor wciągający widzów „w wir przygody i w kłopoty”, a do tego auta, laser, samoloty. I jakkolwiek by nie było „być albo nie być – tu trzeba przeżyć”. Na podstawie zacytowanych fragmentów z czołówki niniejszej kreskówki, pewnie każdy już wie, o jakiej kreskówce mowa. Zatem „dzioby w górę, zgodnym chórem – kaczki!”, a konkretnie – „Kacze Opowieści”.

Któż by nie chciał być bogaty? Spędzać wakacje w wymarzonym miejscu, kupować to, na co mamy ochotę bez względu na cenę, a nawet mieć służbę, która pościeli za nas łóżko – heh, marzenia. Jest jednak osoba, która za nic ma taką wizję bogactwa, a co więcej nie zamierza wydawać ani centa swego majątku. Kto taki? Łatwo się domyślić – to Sknerus McKwacz. Ubrany w elegancki frak, z cylindrem na głowie i nieustannie podpierający się laską dżentelmen. Cechy szczególne? Owszem, należy wiedzieć, iż Sknerus jest najbogatszym kaczorem w Kaczogrodzie i robi wszystko, co w jego mocy, aby tą pozycję utrzymać. Nie jest to jednak łatwe, bowiem cały czas depcze mu po piętach płetwach drugi z najbogatszych kaczorów w Kaczogrodzie – Granit Forsant. Ciągły wyścig pomiędzy tymi dwoma jegomościami sprawia, że Sknerus oszczędza na tyle ile to tylko możliwe. Nie kupuje niczego, co nie jest koniecznie potrzebne, nie wyjeżdża na wczasy do Ciechocinka, służbę wprawdzie zatrudnia lecz i tak jej nie płaci. Do tego jeszcze ma na głowie trzech siostrzeńców. Jednak Sknerus to postać o tyle chciwa, co pomysłowa. Pomimo zaciskania pasa (zwłaszcza swojej służbie) powiększa on majątek o przeróżne starożytne skarby, po które co raz wybiera się w najodleglejsze zakątki świata, a nawet i kosmosu. To właśnie zdobywanie tych skarbów będzie naszym celem w dwóch grach wydanych na 8-bitowe Nintendo (w Polsce rozpoznawane bardziej jako Pegasus). Tytuły tych gier? Po prostu „Duck Tales” i „Duck Tales 2”.
Zanim jednak przeskoczymy do gry, najpierw kilka informacji o kreskówce. „Duck Tales” to serial animowany stworzony przez „The Walt Disney Company” liczący łącznie 100 odcinków podzielonych na 4 serie. Emisja w USA przypadła na lata 1987-1990, zaś w Polsce „Kacze Opowieści” nadawane były od 1991 do 1993 roku w sobotnim przedpołudniowym pasmie TVP „Walt Disney przedstawia”. Wiele lat później „Kacze Opowieści” doczekały się nowej wersji dubbingu i opatrzone tą zmianą ponownie ukazywały się w polskiej telewizji. Po raz pierwszy powtórki można było oglądać w latach 2007-2008 na kanale MiniMini. Jako następny reemisji podjął się Polsat w latach 2009-2011. Najlepsza informacja jest jednak taka, że od października 2011 „Kacze Opowieści” możemy oglądać ponownie – tym razem na Disney Channel od poniedziałku do piątku o 14:25. Niesiony wielką falą popularności serial animowany, trafił także do kin – w 1990 roku ukazał się pełnometrażowy film pod tytułem „Kacze Opowieści: Poszukiwacze zaginionej lampy”. Co więcej powstał również spin-off „Kaczych Opowieści” pod tytułem „Dzielny Agent Kaczor” (w amerykańskiej wersji jako Darkwing Duck). Do dziś wydawane są także komiksy oparte o świat Kaczych Opowieści, takie jak choćby dobrze znany w Polsce „Kaczor Donald”. A jaki właściwie jest świat Kaczych Opowieści? Odpowiadając krótko: bardzo różnorodny. Zaprezentowany jest cały wachlarz bohaterów, zarówno tych pozytywnych jak i negatywnych, mimo wszystko jednak wszystkich połączonych wobec siebie jakimiś relacjami. Równie wiele co bohaterów jest także wątków – wszak każda występująca w kreskówce postać ma swoją historię oraz własny cel, który z mniejszym lub większym powodzeniem realizuje. Spora część akcji rozgrywa się w Kaczogrodzie – mieście kaczek (w którym to jednak mieszkają nie tylko kaczki), ale akcja ta niemal zawsze przenosi się w któryś z zakątków świata, gdzie znajduje się tajemniczy skarb – kolejny cel Sknerusa. I tak oto kaczki w jednym odcinku przemierzają zaśnieżone pasma górskie, w kolejnym zaś trafiają do piramid gdzieś na pustyni. Ilość lokacji i pomysłowość ich ukazania jest doprawdy duża. Oczywiście cała akcja musi kręcić się wokół głównego bohatera, chociaż w tym przypadku powiedziałbym, że właściwie jest odwrotnie – w „Kaczych Opowieściach” to właśnie główny bohater, Sknerus McKwacz nakręca akcję. Zgryźliwy, uparty i nieustępliwy, a zarazem ciepły, gotowy poświęcić wszystko co ma i mógłby zdobyć, aby wyciągnąć z opresji swoich przyjaciół. Sknerusowi niemal na każdym kroku towarzyszą trzej siostrzeńcy, których Donald powierzył wujaszkowi pod opiekę. Są to Hyzio, Dyzio i Zyzio – pomysłowe dzieciaki towarzyszące McKwaczowi w jego licznych wyprawach po skarby. Trójce siostrzeńców akompaniuje Tasia (bo przecież wśród dzieciaków nie mogło zabraknąć dziewczęcej postaci). W skład kompanii Sknerusa wchodzą także pilot-kraksiarz – Śmigacz McKwak, któremu szef nie szczędzi ironicznych uwag, szalony księgowy – Cyfron Liczypiórek, lokaj i szofer w jednym – Cezar, oraz pełniąca rolę wszechstronnej pomocy domowej – Pani Dziobek. Jest też kilka postaci towarzyszących Sknerusowi od czasu do czasu (nie we wszystkich odcinkach), a są to: Diodak – genialny wynalazca (dla Sknerusa przede wszystkim jako wynalazca coraz to lepszych zabezpieczeń skarbca), Robokwak – mechaniczny kaczor broniący Kaczogrodu przed złoczyńcami, Złotka Błyskotka – miłość Sknerusa z młodzieńczych lat (a więc jest i wątek romantyczny!), Bubba – mały sympatyczny jaskiniowiec sprowadzony wehikułem czasu w jednym z odcinków, oraz Kaczuch – gruby dzieciak bez reszty podziwiający Diodaka i Śmigacza. Żeby jednak nie było tak kolorowo, Sknerus ma także zaciekłych przeciwników: nieustannie próbujących go okraść Braci Be z Mamuśką Be na czele, czarownicę Magikę De Czar i oczywiście największego rywala do pretendenta miana najbogatszego kaczora – Granita Forsanta. Warto nadmienić, iż czarne charaktery mają tendencję do sprzymierzania się przeciwko Sknerusowi i choć mogłoby się to wydawać dziwne, czasami współpracują. Można by także wspomnieć o kruku Edgarze i Kundolu – pomagierach, którymi wysługują się Magika i Forsant, oraz o Donaldzie, jednak pełnią oni bardzo marginalną rolę w kreskówce.

Przeniesienia Kaczych Opowieści do gry podjął się Capcom. I uczynił to dwukrotnie. Pierwszy raz w 1989 roku wydając „Duck Tales” oraz w 1993 wydając nieporównywalnie lepszy sequel – „Duck Tales 2”, który tak swoją drogą był jedną z 30 ostatnich gier jakie powstały na ośmiobitowe Nintendo. Obie części gry ukazały się także w wersji na Game Boy’a, co umożliwiało grę w kaczki zarówno w domu jak i w szkole pod ławką gdziekolwiek indziej. Zarówno w „Duck Tales” jak i „Duck Tales 2” postacią, którą sterujemy jest główny bohater „Kaczych Opowieści” – Sknerus McKwacz.

Najchętniej przeskoczyłbym od razu do drugiej części gry, ale mimo wszystko zachowam chronologiczną kolejność i to co najlepsze zostawię na koniec. W porządku, włączamy jedynkę, tzn. „Duck Tales”. Na powitanie nie dostajemy intra, wyświetla się jedynie ekran tytułowy z wyborem poziomu trudności, a w tle gra melodia z Kaczych Opowieści (bądź, co bądź ładnie odtworzona). Easy, medium, difficult – do wyboru do koloru, fajnie. Wybieramy poziom najbardziej nam pasujący i lecimy. Wprawdzie nie mamy żadnej fabuły, jednak łatwo domyślić się o co chodzi – Sknerus (tak jak w kreskówce) wyrusza na poszukiwania skarbów, by powiększyć swój majątek i tym samym potwierdzić, iż jest najbogatszym kaczorem. Co widzimy po minięciu ekranu tytułowego? Sknerusa siedzącego przed wielkim komputerem. Razem z wujkiem Sknerusem przykuci do ekranu są Hyzio, Dyzio i Zyzio – no w końcu komputer to nie ma się chłopakom co dziwić. Trochę nieładnie ze strony Sknerusa, że siedzi do nas tyłem, ale on nie ma czasu na powitania i wyjaśnienia, on po prostu czeka, aby go wysłać po skarby. Do wyboru mamy 5 lokacji: Amazonię, Transylwanię, afrykańskie kopalnie, Himalaje i… Księżyc! Pomysłowe, zamiast ciągle kręcić się po jednym kontynencie zwiedzimy pół świata, a do tego jeszcze księżyc. Zanim jednak ruszymy w drogę warto przedstawić sterowanie – w niniejszej grze poza pakietem zwyczajnych ruchów takich jak chodzenie w lewo / w prawo, schylanie się i skok mamy kilka dodatkowych (niezbędnych do przejścia gry) możliwości. Pierwszym jest odbicie się na lasce, które umożliwia wskoczenie tam gdzie zwykłym skokiem się nie da. Ponadto w ten sposób będziemy eliminować napotykanych po drodze przeciwników oraz rozbijemy rozmaite walizki i pomniejsze przeszkody. Drugim dodanym do gry ruchem jest uderzanie laską niczym kijem golfowym w stojące przedmioty – w tym celu Sknerus musi stać „przyklejony” do obiektu w który zamierza uderzyć. Co więcej za pomocą laski będziemy mogli przesuwać i rozbijać różne drobiazgi. Opanowane? A więc w drogę! Lokacje możemy wybierać w dowolnej kolejności, co uważam za duży plus tej gry. Pierwsza z góry – Amazonia – w której przyjdzie nam wspinać się po lianach, przebiec po rozsypującym się moście i stawić czoła wszelakim nieuprzejmym zwierzakom, takim jak małpy, węże, pszczoły i pająki. Całkiem zgrany zestaw przeciwników pasujący do amazońskiej fauny, jednak w pewnym momencie, aby przejść dalej trzeba będzie zapłacić 300.000$ – dylemat, prawda? Wybieramy się by powiększyć fortunę, a tu nagle każą nam płacić za przejście… jednak, aby zdobyć największy skarb Amazonii – berło króla Inków – można wydać te kilka dolarów. Gdy już nam się to uda przenosimy się do Europy, a właściwie do Transylwanii. Tutaj do czynienia mamy głównie z trupami, mumiami i duchami (co ciekawe trupy i mumie mają dzioby podkreślające kaczy klimat). Czeka nas też atrakcja – przejażdżka w ledwo trzymającym się całości wagonie. Niestety i ten poziom ma pewien minus – aby przejść etap musimy znaleźć tajne przejście. Wprawdzie informuje nas o tym napotkany po drodze siostrzeniec, ale takie rozwiązania nie powinny być stosowane. Tajne przejścia, sekrety i skrytki jak najbardziej niech będą, ale odnalezienie sekretu nie powinno być wymagane, aby ukończyć etap! W każdym razie czy nam się to podoba czy nie, jest to jedyny sposób by dotrzeć po monetę z zaginionego królestwa. Po jej zdobyciu udajemy się jeszcze dalej na południe – do Afryki. Nie wiadomo dokładnie, w którą jej cześć, ale wiadomo, że do kopalni. Można się było spodziewać, że prędzej czy później Sknerus zechce dobrać się do diamentów. Przybywa tu jednak po jeden wyjątkowy – po wielki diament z wnętrza Ziemi. Jednak już przy wejściu do kopalni pojawia się problem – okazuje się, że Sknerus nie ma do niej klucza, a co więcej klucz ten znajduje się w… Transylwanii. Zatem rzut powrót do Rumunii po klucz. Znaleziony? Więc triumfalnie wracamy pod drzwi kopalni, by w końcu je otworzyć. Niestety legendarny diament nie czeka na nas tuż za progiem. W kopalniach spotkamy zabawnych przeciwników. Są nimi mocno sfazowane ślimaki, nieudolne nietoperze-kamikaze i kwiaty próbujące nas zjeść „na raz” – naprawdę zwariowana gromada, która bynajmniej mi spośród wszystkich przeciwników w „Duck Tales” najbardziej przypadła do gustu. Kolejny etap to całkowita zmiana klimatu – Himalaje. Pierwszym utrudnieniem, jakie tu spotykamy jest brak możliwości odbijania się na lasce po śniegu, bo gdy tylko Sknerus spróbuje wykonać ten manewr natychmiast zapada się w śnieg aż po pas. Cóż, przez chwilę trzeba będzie sobie radzić i bez laski. Jak przystało na śnieżny etap, będziemy musieli uważać na wiszące sople, zaś przeciwnikami próbującymi powstrzymać nas od dotarcia do celu są tu białe króliki, koziorożce i… pająki?! No bez kitu, przecież to Himalaje! O ile króliki i koziorożce jakoś dają sobie radę, o tyle pająki powinny tu zamarznąć! No ale… w końcu to gra. A po co właściwie wybrał się tu Sknerus? Po zaginioną koronę Czyngis-Chana. Na tym jednak nie koniec. Ambicje McKwacza prowadzą go aż na księżyc, aby i tam znaleźć tajemniczy skarb – zielony ser długowieczności. W porównaniu do poprzednich skarbów, ten wydaje się być dość absurdalny, ale powtórzmy jeszcze raz – przecież to gra. Księżycowy etap jest najbardziej zawiły z całej gry. Najpierw musimy znaleźć klucz by przedostać się do zamkniętej części statku kosmicznego, a gdy już tam się dostaniemy musimy szukać dalej – tym razem pilota do wezwania Robowkaka, który zburzy ścianę kamieni, umożliwiając nam w ten sposób dalszą wędrówkę po księżycu. Może trochę się rozmarudziłem, ale takich rozwiązań też w grach nie lubię. Konieczność znalezienia czegoś, aby otworzyć kolejny segment etapu? Nie powinno tak być. Skoro już dostaliśmy się do danego etapu powinniśmy swobodnie się po nim poruszać, a ukończenie go niech będzie przepustką do etapu kolejnego – tak to powinno działać. Wróćmy jednak na księżyc. Sknerus porusza się po nim zwyczajnie, bez skafandra, bez ubioru astronauty, co więcej McKwacz chyba przyniósł ze sobą ziemską grawitację, bo ta księżycowa zupełnie na niego nie działa. Spacer po księżycu to jeden z elementów tego etapu, innym zaś jest zwiedzanie (lub raczej przeszukiwanie) statku kosmicznego, do którego co zabawne wchodzimy po linie. A przeciwnicy? Przeciwnikami są tutaj kaczki-roboty, nieładnie wyglądający kosmici oraz… Bracia Be. To dopiero zawzięta szajka, próbują obrabować Sknerusa nawet na księżycu! Zdobywamy pięć skarbów w pięciu lokacjach i kończymy grę, tak? Nie! Czeka na nas coś więcej (i wcale nie mam tu na myśli końcowego outro), pewien zwrot akcji, ale jaki to już nie powiem. Na zachętę dodam tylko, że warto pokusić się o przejście gry do końca choćby po to, aby zobaczyć, w jaki sposób w grze została odtworzona scena z intra kreskówki – wyścig Sknerusa i Forsanta po lampę.

A teraz czas na deser, albo na podwieczorek – w każdym razie czas na opis „Duck Tales 2”. Często sequele są tworzone na siłę, bez pomysłu, byle by tylko były. Ale nie tym razem! Druga część ośmiobitowych przygód kaczek mocno przewyższa pierwszą. Dobra, włączamy grę. Co nas wita? Intro! Tak, w drugiej części zanim ruszymy w wir przygody, dowiadujemy się dlaczego. Historia jest krótka: jeden z siostrzeńców rozmawia ze Sknerusem o kawałku papieru znalezionym w piwnicy. Niemal natychmiast obaj dochodzą do wniosku, iż jest to fragment mapy skarbów. Sprytnie wydedukowali także, że reszta kawałków podartej mapy znajduje się w innych częściach świata. Nietrudno zgadnąć, że Sknerus na samą myśl o możliwości odnalezienia skarbu, podejmuje błyskawiczną decyzję – ruszamy na poszukiwania! Ekran tytułowy jest podobny do tego z pierwszej części gry. Tu także mamy do wyboru poziom trudności, a w tle gra melodia z intra Kaczych Opowieści (ale tutaj brzmi jeszcze ładniej, płynniej). W „dwójce” ekranem wyboru lokacji nie jest już komputer z napisami, a kolorowa mapa. Na mapie tej widzimy zamek, piramidy, zatopiony statek, wodospad i wyspę – pięć lokacji, do których udamy się w dowolnie wybranej przez nas kolejności. Przed wybraniem się do każdej z nich, słuchamy krótkiej przemowy Śmigacza McKwaka, który najlepiej wie gdzie jakie skarby są ukryte (pełni podobną rolę jak w grze Darkwing Duck). Na koniec pozostaje tylko potwierdzenie nieustraszonemu pilotowi-kraksiarzowi czy aby na pewno chcemy lecieć właśnie tu, a nie gdzieś indziej. Ruszajmy więc do pierwszej lokacji, którą jest wodospad Niagara. Skarbem, po który się tam wybieramy jest legendarny kryształowy kwiat. Rzeczywiście przez większą część etapu widzimy w tle ładnie spikselowany wodospad, mijamy żaby, krety i pływamy pontonem. Bardzo przyjemny etap, polecam włączyć w pierwszej kolejności. Następnym etapem jest wrak na w pół zatopionego statku w trójkącie Bermudzkim. Tutaj muszę się na chwilkę zatrzymać, bowiem jest to mój ulubiony etap ze wszystkich gier na Nintendo, w jakie kiedykolwiek grałem. Jest po prostu wspaniały! Zaczynamy na pokładzie statku. W tle pada deszcz, wiszą ponure ciemne chmury – wspaniały melancholijny klimat wzmacniany dodatkowo smutną muzyką. Kilkakrotnie strzelamy z armat, aby odblokować sobie dalszą drogę, mijając wielkie beczki przechodzimy pod pełnym tajemnic pokładem statku, a następnie znów wracamy na pokład. Znów widzimy w tle ciemno niebo i rzęsisty deszcz, co więcej w tak urokliwej aurze wspinamy się po masztach, na których wiszą podarte pirackie żagle. Naprawdę świetny etap, z niesamowitym klimatem utrzymanym od początku do samego końca. Końca, w którym zdobywamy skarb po jaki tu przybyliśmy – klejnot nazywany łzą syreny. Być może tylko we mnie etap z zatopionym statkiem budzi takie emocje i tak ogromny sentyment, ale uwierzcie, iż wielokrotnie włączam „Duck Tales 2” tylko po to by pograć na tej lokacji. Jednak Sknerus nie rozczula się aż tak bardzo i rusza w dalszą wędrówkę. Kolejnym celem do zdobycia jest kamienna tablica zawierająca wielką moc magiczną, a znajduje się ona na zaginionej, legendarnej wyspie Mu. Na wyspie tej spotkamy m.in. posągi podobne do tych z wyspy Wielkanocnej, z tą różnicą, że tutaj twarze posągów mają kacze dzioby. Etap ten zawiera mówiąc dosłownie „drugie dno”, o którym informuje nas napotkany po drodze siostrzeniec – jednak, aby tam dotrzeć trzeba być uprzednio przygotowanym, ale o tym może później. Jest tu także zabawny kwiatek, który jeśli będziemy próbowali zerwać, przerzuci nas w inną część lokacji. Przed dotarciem do celu powstrzymują Sknerusa syreny i kraby. Po ukończeniu tego etapu na chwilę robi się gorąco. Duszno, parno i upalnie – a to dlatego, że McKwacz wybiera się do egipskich piramid. Jednak zanim dostaniemy się do wnętrza piramidy przyjdzie nam brnąć przez ruchome piaski, które mimo wszystko pojawią się także w kilku miejscach również wewnątrz piramidy. Muzyka przygrywa nam iście egipska, latają wielkie ważki, a my wspinamy się coraz wyżej i wyżej. Bo to właśnie na samej górze znajduje się nóż króla Kuufu – skarb, po który tu przybywamy. Trzeba przyznać, że wygląda to dość niepokojąco. Najpierw Sknerus zdobywa tablicę z magiczną mocą, teraz legendarny nóż, a następnie wybiera się po lampę wieczności. Brzmi to tak jakby miał w planach odprawienie jakiegoś magicznego rytuału. Może będzie próbował wywołać deszcz pieniędzy? Ale w grze nie ma o tym ani słowa, przenieśmy się zatem do piątej lokacji – szkockiego zamku. To właśnie tam znajduje się owa lampa wieczności – w ponurym, opuszczonym zamczysku, po którym bezwiednie krążą niezbyt szlachetni rycerze oraz latające dłonie trzymające (w dłoniach oczywiście) lampy naftowe. Aby dotrzeć po skarb Sknerus będzie musiał wspinać się po łańcuchach i niejednokrotnie transportować się spadającymi w przepaść wagonikami. I gdy już te pięć skarbów zdobędziemy pojawia się największy rywal Sknerusa – Granit Forsant. Co więcej, wcale nie przychodzi nam pogratulować, a wręcz przeciwnie – stawia ultimatum, aby oddać mu wszystkie zebrane przez nas skarby. Dlaczego taki nagły zwrot akcji? I co dalej? Rozwiązanie tych zagadek pozostawiam w Waszych rękach.

Na koniec wypada napisać o tym, co specjalnie przez cały czas pomijałem – o ogromnej ilości sekretów w obydwu grach. Zarówno „Duck Tales” jak i „Duck Tales 2”są naszpikowane tajnymi przejściami prowadzącymi do dodatkowych, ukrytych skarbów. W wielu zakamarkach czekają ukryte diamenty i lody odnawiające energię. Warto także w każdej lokacji szukać kawałków podartej mapy, o której mowa w intrze drugiej części gry, bowiem gdy zbierzemy je wszystkie otworzy się przed nami dodatkowa lokacja. Nieraz, aby odnaleźć sekret trzeba będzie zaryzykować utratą życia. W obydwu częściach zastosowano bardzo fajną opcję – możliwość powrotu do ekranu wyboru lokacji w trakcie gry. Aby to zrobić trzeba poprosić o transport Śmigacza, który zawsze czeka na nas gdzieś w połowie lokacji, do której się wybraliśmy.

Porównując obie części gry, widać wyraźną przewagę dwójki nad jedynką. Widać to już na pierwszy rzut oka – grafika w „Duck Tales 2” uległa znacznej poprawie i nie jest tak kanciasta jak w „Duck Tales”. Podobnie sprawa ma się z przesunięciami obrazu – w niektórych miejscach gry w „jedynce” następował skokowo, podczas gdy w „dwójce” jest już pełna płynność. Muzycznie również dwójka deklasuje jedynkę. Melodie są wiele przyjemniejsze dla uszu, a instrumenty bardziej stonowane niż w pierwszej części. Trzeba podkreślić, że oprawa dźwiękowa stoi tu na najwyższym ośmiobitowym poziomie. Ponadto w „Duck Tales 2” po ukończeniu każdego etapu trafiamy do sklepu, w którym możemy dokupić dodatkową kropkę energii, dodatkowe życia oraz inne wspomagacze. Jednak tym, co najbardziej różni obie gry jest ilość napotykanych po drodze przeciwników. W „Duck Tales” jest ich bardzo dużo, a co najgorsze wystarczy tylko troszkę wyjść poza ekran aby się odnawiali, a ilekroć wyjdziemy odnawiają się znowu i znowu, co momentami jest bardzo męczące. Z kolei „Duck Tales 2” nastawione jest bardziej na zwiedzanie i szukanie sekretów (których w dwójce jest o wiele więcej niż w jedynce), tak więc przeciwników jest tu zdecydowanie mniej i przede wszystkim nie odnawiają się tak natrętnie jak w pierwszej części. Jednak największą przewagą „Duck Tales 2” nad „Duck Tales” jest brak czasu. Niestety, ale w jedynce musimy grać na czas. W grze – w której jest tak wiele sekretów, których odnalezienie wymaga czasu i kombinowania – ustawianie limitu czasowego uważam za pomyłkę. Dobrze, że w drugiej części mamy nielimitowaną ilość czasu – możemy się błąkać i błąkać i szukać tajnych przejść ile tylko chcemy. Wspólnym elementem obydwu gier jest występowanie w nich przyjaciół Sknerusa, z którymi nasz bohater przeprowadza krótkie dialogi. Chociaż niektórzy z nich – np. Bracia Be – pojawiają się tylko w pierwszej części gry, z kolei inni – jak np. Diodak – tylko w drugiej. Swoją drogą, Diodak to niezwykle pomocna postać w „Duck Tales 2”, bowiem udziela on Sknerusowi wskazówek jak rozbijać laską murki – to właśnie on przygotowuje McKwacza do zwiedzenia „podwójnego dna” w etapie na zaginionej wyspie. I na koniec powiem jeszcze o zakończeniach. Otóż obie części gry mają po trzy możliwe zakończenia – smutne, obojętne i szczęśliwe. To, które z nich obejrzymy zależy od tego jak przejdziemy grę. I o ile outro końcowe w „Duck Tales” nie urzeka, o tyle w „Duck Tales 2” jest po prostu wspaniałe (jedno z moich ulubionych, jeśli nie ulubione).

Jakkolwiek jednak byśmy nie ukończyli Kaczych Opowieści – czy to zakończeniem mniej czy też bardziej szczęśliwym – podczas gry nieraz będzie nam się malował na twarzy uśmiech przypominający czasy, kiedy to zapatrzeni w ekran telewizora oglądaliśmy przygody starego, dobrego Sknerusa McKwacza.





























Yay, Kacze Opowieści! Ciekawostka – serię można zakupić na DVD, widziałem w realu bodajże. Jedyny minus – nowy dubbing gdzie różni się przede wszystkim głos Sknerusa.
Kłóciłbym się też o to czy czasopismo Kaczor Donald powstało na kanwie Kaczych Opowieści. ;P
No i taki błąd mały: „Żeby jednak nie było tak kolorowo, Sknerus ma także zaciekłych przeciwników: nieustannie próbujących go okraść Braci Be z Mamuśką Be na czele, czarownicę Magikę De Czar i oczywiście największego rywala do pretendenta miana najbogatszego kaczora”
pretendować «ubiegać się o jakieś stanowisko, tytuł itp.»
Więc „do pretendenta miana” brzmi raczej bez sensu. ;P
Ale ogółem super, cykl świetny, liczę na więcej.
Jedna z moich ulubionych kreskówek:D Świetny cykl, tak trzymać:)
Bardzo lubię czytać teksty o grach, w które granie sprawia mi przyjemność. Lubię konfrontować spostrzeżenia i opinie autora z własnymi.
Seria Duck Tales (chociaż nie wiem, czy dwie gry można nazwać per „seria”) to jedne z moich ulubionych gier w ogóle. Ja również jestem zdania, że dwójka przewyższa i tak świetną część pierwszą. Jest skomplikowana, zagmatwana i posiada mnóstwo sekretów. Taka powinna być właśnie „egranizacja” tego serialu! Klimat kreskówki zachowany został idealnie!
Świetną sprawą jest napotykanie podczas gry postaci z serialu – o czym zresztą też wspomniałeś w artykule. Siostrzeńcy udzielają nam cennych wskazówek, Diodak pomaga nam swoimi wynalazkami, a Śmigacz oferuje swoje usługi lotnicze. Idealnie jest to wszystko zorganizowane!
Mówisz, że Bermuda to Twoja ulubiona lokacja w grach? ; ) Coś w tym jest – w moim rankingu też jest to najlepszy etap w obu częściach gry. Jedynie Egypt może jeszcze konkurować – pełno tu sekretów i tajnych przejść, niczym w prawdziwej piramidzie. Jednak muzyka z zatopionego w trójkącie bermudzkim statku ma swojego rodzaju magię. Także uwielbiam jej słuchać.
Bardzo dobrze podsumowałeś te perełki od Capcomu, mamy o nich podobne zdanie. Jedyne z czym się nie zgodzę, to informacja, iż Diodak pojawia się jedynie w części drugiej. W jedynce też możemy go spotkać – w bonusowym etapie w Amazonii. ; ) Ale to mało znaczący szczegół…
Również jedna z moich ulubionych gier na NESa to Duck Tales 2, po prostu gra idealna jak na tamte czasy.
Nie jestem pewien, czy w Transylwanii nie było czegoś takiego gdzieś w ukrytej części zamku.
Ale po dziś dzień nie mogę zrozumieć, czemu wujaszek zostawia siostrzeńców pastwie losu, kiedy to w kopalni (w pierwszej grze) sam wyskakuje z wózka, który zaraz spada w przepaść…
Nie, miało to miejsce jedynie w kopalni. ; ) Ale fakt – niezły motyw. Jakby trochę niedopracowanie przez twórców.
http://gry.wp.pl/artykul/felieton,retro-duck-tales,6427,1.html
Cóż za zbieżność terminów. :}
dlugi artykuł. dotrwalem do czwartego akapitu, ale bardzo ciekawy!
kaczki rzadza!!!!!
Bardzo fajny artek
Duzo gralem w 1 czesc i dopiero jak mi sie znudzila to dostalem 2 czesc. Nie uwazam ze 2 jest lepsza, obydwie gry sa genialne. Dd czasu do czasu jak wlacze je sobie na NDSie to gram do upadlego niezaleznie od czesci XD
daf – myślę że spokojnie można te gry nazwać serią. Mamy 2 części na NESa, zupełnie inną i równie świetną na amigę oraz na Game Boya (już bardziej zbliżoną do tej nesowej)
Krupier -> To za ich grzechy, myśmy czyści. Gnębią nas teraz komuniści
Fajnie, że WP przegląda Geek-World
Ale numer
Heh, widzę że mnie na wp.pl streścili – niektóre fragmenty zostały po prostu bezczelnie odpisane!
Nie pierwszy raz nas kopiują Nielogiczny
tak to już jest.
Mnie też nie raz kopiowali, debile, czerpiąc z tego korzyści, gdy ja zawsze pisałem za darmo. Dlatego powiedziałem sobie dość, i póki co nic nie piszę.