Home > Felietony, Gry > Krótka historia beat’em up’ów

Krótka historia beat’em up’ów

5 lutego 2011 w Felietony, Gry

Każdej osobie, nawet powierzchownie interesującej się tematyką arcade, słowo „beat’em up” nie jest obce. Nie mogę sam siebie nazwać jakimś specjalnym wyjadaczem gatunku, ale towarzyszy mi  dużo wspomnień powiązanych z tym gatunkiem. Przypominają się czasy przedszkola/wczesnej podstawówki, kiedy wyjeżdżało się na wakacje do miejscowości typu Ustka czy Kołobrzeg. „Masz tu synu 10 złoty, kup sobie coś do jedzenia.” – była to chwila niezwykłej euforii, po której zamiast odwiedzić najbliższą budkę z lodami, hamburegrami, itp. prosto kierowałem się do tzw. „salonu gier”. Klimat tego typu miejsc dało się odczuć jeszcze przed wejściem: charakterystyczny smród (dla mnie pewnie wtedy zapach) i dym wijący się po podłodze, czyniły to miejsce dość wyjątkowym. Może miały wprowadzić w trans każdego odwiedzającego, aby wręcz machinalnie wrzucał kolejne żetony do automatu, wypełniając przy tym po brzegi skarbonkę właściciela. No tak, zalewam Was jakimiś nostalgicznymi opowiastkami, robiąc z siebie zgrzybiałego dziada…

Jak scharakteryzować można beat’em upy? W Polsce nazywane są zwyczajnie „chodzonymi mordoklepkami” i chyba te dwa słowa idealnie opisują prostotę rozgrywki (mniej popularna, także poprawna nazwa to brawler). Dostajemy jakiegoś herosa/heroinę, a naszym zadaniem jest za pomocą zamontowanej w automacie gałki i paru przyciskach, powybijać zęby/połamać kości kolejnym falom brnących do przodu jak zombie przeciwników. Technicznie, gra się w to jak zwyczajną, okrojoną w combosy, 8 kierunkową bijatykę, gdzie przeciwnik pada martwy po kilku ciosach – co jest być może w pewnym sensie proste, ale w żadnym wypadku prostackie. Fabuła, a jej właściwie brak, ogranicza się do odbicia z rąk jakiegoś złoczyńcy pięknej niewiasty, czy też zwyczajnemu skopaniu dupska czarnemu charakterowi, bo jest on po prostu zły (czyt. chce zapanować nad światem) – co śmieszne, ten kanon będzie w niezmienionej formie towarzyszył temu gatunkowi przez ponad 10 lat. Oczywiście uogólniając, skrzywdzimy niektóre gry oparte na licencjach filmów/komiksów (jak, np. Punisher, Alien vs. Predator, czy The Simpsons).

Beat’em upy oprawą nie odstępowały standardom jakie panowały w momencie wydania, więc zazwyczaj cieszyły oko dokładnie zrobionymi sprite’ami, czy ładnymi tłami. Nad konkretnym tytułem nie spędzało się więcej niż godzinę, no ale taki urok gier arcade – przystosowane były do ukończenia gry w salonie, pozbawiając w ten krótki czas całego kieszonkowego. Jeśli myślicie że uda Wam się rozgromić bossa w towarzystwie 15 kolegów na jednym żetonie, to niestety musicie zejść na ziemię.
Z tym odłamem gier arcade towarzyszy całkiem ciekawa historia, dlatego postaram się przedstawić rozwój gatunku na przykładzie kolejnych wychodzących na automaty tytułów, a nie chłodnej kalkulacji następujących po sobie wydarzeń:

1984 – Kung-Fu Master (Spartan X)

Rok ten teoretycznie nazwać narodzinami beat’em up’ów. Gdy Ameryka Północna wychodziła powoli z wielkiego kryzysu gier video, który o mało nie pogrzebał takiego giganta jak Atari, rok później w Kraju Kwitnącej Wiśni, Japończycy mogli bez opamiętania młócić w Spartan X’a na automatach nabrzmiałych od ilości znajdujących się w nich żetonów. Gra ta powstała na motywach filmu „Wheels on Meals”, z Jackie’m Chan’em w roli głównej. Zadaniem naszego protagonisty jest odbicie z rąk niejakiego Mr.X dziewczyny o imieniu Sylvia (zaskoczeni?). Grę rozpoczynamy w jakimś dojo, a kolejne hordy przeciwników kładziemy na dechy, poruszając się w lewo (co pośród tych wszystkich „prawo-stronnych” platformerów wydaje się dość nietypowe).Nie była to jakoś zbytnio wymagająca rozgrywka, ale nadal bez szybkich palców się nie obeszło. W tym samym jeszcze roku gra zagościła w amerykańskich salonach arcade pod nazwą Kung-Fu Master, rok później zawitała na NES’a/Famicoma. Przygody wojownika w keikogi okazała się dość dużym hitem- przeportowana została na takie platformy jak: Atari 2600, Atari 7800, Amstrad CPC, Apple II, BeOS x86, Commodore 64, MSX.

1986,87 – Renegade, Double Dragon

Lata te zapoczątkowały złoty okres dla beat’em up’ów, kontynuując go gdzieś do połowy lat 90’. Pojawienie się tytułu Nekketsu Kōha Kunio-kun od Technos, wyznaczyło model rozgrywki, który będzie się trzymał tego gatunku aż do dzisiaj. Wzrok niektórych przyciągnie z pewnością słowo „Kunio”. Tak, mamy do czynienia z tą samą personą, która wstrząsnęła środowisko 8 bitowców, zalewając je, min. świetnymi grami sportowymi. Nekketsu Kōkō Dodgeball Bu: Soccer Hen (btw. dłuższych nazw się nie dało zrobić?), znany posiadaczom NES’a jako Nintendo World Cup, a na „polskich” Pegazusach Goal3, do dziś zadziwia swoją rozbudową, o satysfakcji po strzeleniu gola z połowy boiska nie mówiąc. Wracając do Nekketsu Kōha - nazwanie go protoplastą chodzonych bijatyk, nie będzie jakimś dużym błędem. W końcu poruszamy się w ośmiu kierunkach, czyli zjawisko otoczenia przez chmarę wrogów jest na porządku dziennym. Wprowadzone zostały kombosy, pozwalające poturbować przeciwnika na wiele sposobów, np. możemy przerzucić delikwenta przez ramię, potraktować z „buta” podczas podskoku, czy szybko zmienić kierunek ciosu i kopnąć w krocze oponenta stojącego za nami. Możemy nareszcie dashować (dwukrotne popchnięcie gałki, wprowadzające bohatera w bieg). Pomimo tych wszystkich ficzerów, gra nadal troche trąci swoim archaizmami: wysoki poziom trudności, sterowanie jest jakie jest, a uczucie frustracji towarzyszy nam po pojawieniu się każdego Game Overa. Jednak jak na tamte czasy, gra osiągnęła niemały sukces. Nic dziwnego, że USA zainteresowało się tym tytułem.

W tym samym roku wydano konwersję, pt. „Renegade”, którą „zamerykanizowano” – główny bohater zamiast japońskiego szkolnego mundurka, nosi kamizelkę a’la John Rambo. Tła również uległy zmianie (pozostawiono główny utwór muzyczny, przypominający jakiś tani rock’n roll).
1987 to czas narodzin prawdziwego giganta, poczętego również przez Technos, mianowicie Double Dragona. Historia bliźniaków Jimmiego i Billiego, chcących odbić dziewczynę z rąk gangu Black Warriors (cóż za miła odmiana…), doczekała się nawet ekranizacji. Jednak to nie scenariusz warunkuje grywalność takich gier. A w „podwójnego smoka”, gra się w rzeczy samej, miodnie. Rozgrywka nabrała tempa, kombinacje wprowadza się dość płynnie i zabranie się za kolejnego przeciwnika po powaleniu poprzedniego nie jest jakimś dużym problemem. Zastosowano użycie broni pozwalających nam okładać wrogów i przedmiotów takich jak beczki, skrzynki, które można było rzucić w jakąś większą grupkę. Oprawa naprawdę zaskakuje (mamy lata 80’te przecież): ładne, miejscami nawet animowane tła, w miarę szczegółowe spirte’y potwierdzają kunszt twórców, a słysząc „Double Dragon Theme” (szczególnie polecam aranżację Sixto Sounds) ciary przechodzą po moich zgarbionych plecach. Gra doczekała się jeszcze dwóch kontynuacji, przechodząc lekkie zmiany, lecz ideologia bezstresowego okładania po mordzie nie została zachwiana.

Co dalej?

Trzeba by być niespełna umysłu, twierdząc, że beat’em up’y skończyły się wraz z Double Dragonem. Salony arcade przez te kilka lat zdąży nawiedzić duża ilość piekielnie dobrych gier, zapadających na zawsze w naszą pamięć. Do walki o względy graczy wstąpiły, min. takie firmy jak Capcom i Sega. Nowy wymiar rozgrywki przedstawić miał Final Fight – duchowy następca pierwszego Street Fightera (stąd początkowa nazwa tego tytułu to Street Fighter ‘89). Programiści Capcomu umieścili w swoim produkcie atak specjalny,  wykonywany po przez naciśnięcie przycisków odpowiedzialnych za skok i uderzenie, który pozbawiał życia kolejnych wrogów, kosztem naszego paska zdrowia.
Sega uroczyła nas za to Golden Axe‘em w którego zagrywałem się na moim starusieńkim IBM’ie. Co nowego w tym wypadku? Uniwersum to świat fantasy pełen magii i stworów, nie zapchana marginesem społecznym ulica. Atak specjalny ładowany był znajdowanymi tu i tam butelkami z maną (im więcej uzbieraliśmy, tym bardziej wypasiony był).
Widok wojowniczki wzywającej ogromnego smoka, który swoim ognistym oddechem zamienia level w płonący cmentarz, mogło spowodować uszkodzenie sprzętu w wyniku nagłego opadu szczeny.
Rynek zaczął się rozwijać, swoje tytuły na rynek wprowadzały kolejne firmy. Violent Storm od Konami, jest przez wielu uważana za najlepszy beat’em up jaki powstał. Światło dzienne ujrzały takie perełki jak Cadillac and Dinosaurs, Alien vs Predator, Punisher- rozpisanie się o nich to już robota na następny artykuł ;)

Podsumowanie

Pisząc o tym wszystkim, nie wspomniałem o głównej sile napędowej tego gatunku, czyli grze w kooperacji. Naprawdę jest niewiele gatunków, gdzie wspólna zabawa daje tyle przyjemności i satysfakcji. Teksty „rzuć mi tu gnoja!”, „dokończ dziada”, albo „rusz dupsko, bo skrzynią ciepam!”, wymieniane między stojącym obok kolegą/koleżanką, spowodują, że banan z twojej michy towarzyszyć wam będzie do końcowych napisów. Być może urażę czyjeś wspomnienia, nie wymieniając jego ulubionego tytułu. Jest to całkiem zrozumiałe – każda gra może ująć daną osobę swoją unikalnością (być może nawet teraz młóci w nią na emulatorze). Chodzone mordoklepki nie można stawiać obok ambitnych, ociekających epickością produkcji typu Another World. Należy je traktować jako typowy rozluźniacz, w który, np. przy piwku pomoże oderwać się nam skomplikowanych spraw, oddalić się w świat beztroskiej nawalanki.

  1. Hanzo Hasashi
    Luty 6th, 2011 at 10:29 | #1

    Cikawy artkul:) aż się lezka w oku zakrecila- bez kitu. Przypomniala mi się od razu gra „The Hook” bajeczna oprawa i mega miodna gra. Cud, miód i orzeszki.

  2. SroQ
    Luty 6th, 2011 at 13:45 | #2

    W arcadowe AvP z checią pogrywam do dzisiaj. Szkoda, że nie wspomniano o pierwszych przeniesieniach beat’em upów w 3D w grach takich jak Die Hard Arcade (moja miłośc z automatów <3) czy Fighting Force.

  3. Nazwa (wymagane)
    Luty 6th, 2011 at 21:23 | #3

    heh, bijatyki… mam o nich mieszane uczucia. dziwie sie czemu maja taki hype, dla mnie ikona gatunku jest battletoads & double dragon na NESa, nic nie jest w stanie dorownac tej grze, wszystkie inne przy niej wygladaja jak lamerskie podrobki. prawda jest taka ze wszystkie produkcje capcomu niczym sie od siebie nie roznia, mechanika taka sama, nawet grafika daje wrazenie jakby jedna ekipa byla za nie odpowiedzialna. tak sie sklada ze sporo brawlerow mam zaliczone i to grajac we 2 (lub wiecej jezeli gra na to pozwala) osoby i nie tylko ja mam takie wrazenie. jezeli ktos sie ze mna nie zgadza niech sprobuje przejsc na 1 zetonie jakis hit np. punishera. daje glowe ze gra sie znudzi szybciej niz wam sie wydaje i nabierzecie dystansu do tego gatunku. nie chce krytykowac bijatyk bo je lubie, jednak malo w tym gatunku jest gier wyjatkowych, caly czas mam wrazenie jakby jedno od drugiego niczym sie nie roznilo, zero innowacji, same nudy. o dziwo najlepsze tytuly w jakie gralem to oryginalne produkcje, a nie przeceniane imho przez wszystkich arkadowki

    p.s. widze ze autor artykulu czerpal garsciami z wikipedii

  4. Adept
    Luty 6th, 2011 at 21:27 | #4

    Dla mnie najlepszą chodzoną bijatyką jest i będzie Die Hard Arcade, którą ogrywałem podobnie jak SroQ właśnie na arcade. Także mocno bym się kłócił o wyższości Duble Dragona czy Battletoads nad innymi tytułami. Nie mniej są to klasyki i korona im z głowy na pewno nie spadnie :-)

  5. Urbann
    Luty 7th, 2011 at 15:55 | #5

    Pamięta ktoś może taką automatową grę, w której mieliśmy do wyboru 3 postacie, a naszym celem było odbicie z rąk wroga uprowadzonej dziewczyny? Jedna z postaci miała look Duke’a, pamiętam też, że jednym z poziomów był jadący pociąg… Kojarzy mi się tytuł w stylu ‘Violet Kickers’, ale nigdzie takiej gry nie mogłem znaleźć… Kojarzy ktoś? ;)

  6. Chili
    Luty 7th, 2011 at 15:58 | #6

    Z pewnością chodzi o Violent Storm’a. Etap z pociągiem się zgadza, Duke tak samo, tylko w wersji afroamerykańskiej ;)

  7. yokel83
    Luty 7th, 2011 at 21:18 | #7

    zagrywałem sie namiętnie w VENDETTE :P ile to drobnych poszło na automat:P

  8. Urbann
    Luty 9th, 2011 at 22:51 | #8

    @Chili
    TAK! To dokładnie to! Wielbię Cię, ogromne dzięki! :) :)

  9. Grudzień 2nd, 2011 at 18:26 | #9

    @Adept„Dla mnie najlepszą chodzoną bijatyką jest i będzie Die Hard Arcade, którą ogrywałem podobnie jak SroQ właśnie na arcade.”

    Hells yeah! Tworcy w doskonaly sposob przeniesli klimat i dynamike arcade’owego prania pyskow w trzeci wymiar. Poniewaz automatowy oryginal smigal na ST-V, konwersja na Saturna byla idealna. Powinienem sobie zrobic retro-sobote z chodzonymi klepankami. Polecam kontynuacje, czyli Dynamite Deka 2 na Dreamcast.

  10. es600
    Styczeń 1st, 2012 at 23:03 | #10

    Ja się teraz pytam. Czemu tych gier nie ma na PSN albo XBL ? ! Dałbym sobie głowę uciąć żeby zagrać w Cadillaca albo Punishera (nowet nie mowie o HD, bo bym dał sobie dwie głowy uciąć) na moim wielkim telewizorku z padem w ręku (a chu, niech strace, mogę nawet stać jak przy automacie ;)

  11. Styczeń 1st, 2012 at 23:56 | #11

    @es600 - Licencje. Capcom wydal czesc swoich chodzonych bitek w serii Classics Collection, ale byly to pozycje od poczatku do konca zrobione przez nich. Za Punisherem stoi Marvel, a prawda do postaci z Cadillacs ma ich tworca, czyli Mark Schultz.

    Wszystko sprowadza sie do tego czy koszta zwiazane z licencjami [dole dla tworcow, prawnicy, itd.] zwroca sie poprzez sprzedaz danej gry. Wlasnie to pogrzebalo port GoldenEye z N64, ktory pojawic sie mial na XBLA, pozniej lapy polozyc na nim chcialo Nintendo, az w koncu nie wyszlo z tego nic. Jesli nikomu nie chcialo sie walczyc o GoldenEye, nikomu nie zachce sie walczyc o Punishera i Cadillacs. Tego pierwszego mozesz sobie ewentualnie kuipc w wersji na MegaDrive.

  1. Brak jeszcze trackbacków

GBForever GrajPoPolsku.pl Honmaru J-Games PSP-team.pl - PSP, PS Vita, PlayStation Vita, PlayStation Portable ARHN.EU - Gry, Gadżety, Nostalgia The Company Morden ISMPOF MPoke